Zamyślenia z kościelnej ławy

Bądźmy jak Józef.

Dziś mężczyźni w zasadzie nasze święto bo dziś Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Na ile utożsamiamy się z Św. Józefem? Któż to taki ten milczący Józef, opiekun Jezusa, mąż Najświętszej Maryi Panny.

 

Plany Józefa, na życie z ukochaną Marią, takie ludzkie plany jak ma każdy z nas, po prostu runęły. Bóg tak w Ich życie zaingerował, że je wywrócił do góry nogami, a w dodatku to Ich nowe życie nie było usłane różami. Teraz tak po męsku, to musiała być miłość, zarówno do Boga jak do Maryi i w tej kolejności. Józefowi miłość osobista do Maryi, nie przesłoniła miłości do Boga. Co najważniejsze w miłości – stałość, wierność. W obu przypadkach się Józef sprawdził. Dziś Abp Grzegorz Ryś mówił (a propos św. Józefa) jak powinno wyglądać posłuszeństwo, bo Józef był bez wątpienia posłuszny.

 

Abp G.Ryś zwrócił uwagę na ciekawa relację posłuszeństwa pomiędzy Józefem a Jezusem -  „Trzeba nam podziwiać Józefa, bo jest przełożonym kogoś, kto jest większy od niego. On był przełożonym wcielonego Boga, a Jezus w tym posłuszeństwie umiał wzrastać”. I co tu teraz dodać? Jakimi my „Józefami” jesteśmy? Czy przy nas nasze dzieci, małżonka, wzrastają w wierze, miłości, umiejętnościach, charakterze, itd.? Czy w pracy nasi współpracownicy, a może podwładni przy nas wzrastają, stają się lepsi, mają ten „Józefowy” przykład jak być bożym facetem.? Tak myślałem dlaczego anioł Pański przyszedł do Józefa we śnie, a nie na jawie. Józef był cieślą. To nie jest  zawód łatwy.  Trzeba pomyślunku, wiedzy, siły, wyobraźni, zręczności, i też nie bał się wysokości, odpowiedzialności ( aby ten dach nie runął). 

 

Jakbym tak kreślił osobowość to nie mógł być to „Dyzio marzyciel”, tylko twardo stąpający po ziemi facet, który miał swoje słuszne zdanie (pewność i trafność decyzji  musiała być cechą cieśli). Kto chce z takim twardzielem dyskutować, nawet anioł nie bardzo


Przyprowadzić innych do Boga

Rozmowa kobiety z Jezusem przy Jakubowej studni zrobiła na niej takie wrażanie, że zapomniała po co przyszła. Zostawiła naczynie na wodę poleciała do miasta, aby obwiesić, że spotkała Mesjasza.  Ta kobieta nie dość ze była samarytanką, to jeszcze nie żyła obecnie z jej mężem. Żyd w zasadzie nie powinien z kobietą, a tym bardzie samarytanką rozmawiać. To ta grzesznica można powiedzieć pośrednio powoduje nawrócenie miasta. Dlaczego tak się stało? Kobieta powiedziała „Powiedział mi wszystko, co uczyniłam” i to przekonało innych. Czy w dzisiejszych czasach wystarczyłoby to powiedzieć, aby ludzie się nawrócili i powiedzieli „On prawdziwie jest Zbawicielem świata”. Kobieta odbyła spowiedź życia, wyzwoliła się.  Dziś to spotkanie przy studni siłą rzeczy nabiera innego spojrzenia, bo powszechnie nad umysłami zapanował koronowirus. Boimy się śmierci, boimy się cierpienia, odosobnienia, samotności (bo tak się stanie, gdy będziemy zarażeni – bliscy będą mieli kwarantannę w domu; żadnych odwiedzin). Nie jesteśmy na to przygotowani, szczególnie na izolację, samotność, bezradność. W takim stanie była też ta samarytanka. Żyła z mężczyzną nie w związku małżeńskim. Mocno się czuła wyobcowana, samotna, izolowana, pokazywana palcami w środowisku, skoro do studni poszła w południe, nie rano. Unikała ludzi, „bo wszyscy wiedzieli, jak się prowadzi”. Jezus jako żyd w ogóle nie powinien mówić z kobietą a tym bardziej z samarytanką. Jezus tym czasem prowadzi z kobietą dialog o jej życiu. Kobieta nie uciekła w popłochu, nie powiedziała „to nie Twoja sprawa, to moje życie”, a wręcz przeciwnie - rozpoznała Mesjasza. Może jeszcze nie wszyscy uczniowie rozpoznawali w Jezusie Mesjasza, a ta grzesznica tak. Bóg daj się poznać każdemu, począwszy od największego grzesznika. Bóg nie odpycha tych co chcą się zmienić. Działa jednak radyklanie, bo nie można być na tak i na nie jednocześnie. Przy tej Jakubowej studni była spowiedź życia. Nie wiemy, czy kobieta zmieniła swoje życie, ale na pewno przyczyniła się do pozytywnej zmiany życia wielu innych.  Czy można wyciągnąć wniosek, że nasz grzech nie stoi w przeszkodzie, aby nawrócić innego grzesznika, bo nie tyle my, co Bóg działa. Bóg działa na innych poprzez nas grzesznych. Ważne więc spostrzeżenie, że inni patrzą na nas szukając w nas Boga. Tak właśnie, popatrzmy na siebie jako nie tylko na grzeszników, ale na tych co mogą przyprowadzić innych do Boga, mimo naszych grzechów.   To jest misja naszej codzienności. Może to dobre postanowienie na Wielki Post. Nawet koronowirus nam nie powinien poszkodzić w tej misji, bo mamy teraz czas, że więcej go możemy spędzać z rodziną, a tu mamy dopiero jazdę, bo przecież każdy nas zna, a kto uwierzy prorokowi w jego ojczyźnie.  Samarytanka dała radę, to dlaczego nie ja.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Przyprowadzić innych do Boga

Rozmowa kobiety z Jezusem przy Jakubowej studni zrobiła na niej takie wrażanie, że zapomniała po co przyszła. Zostawiła naczynie na wodę poleciała do miasta, aby obwiesić, że spotkała Mesjasza.  Ta kobieta nie dość ze była samarytanką, to jeszcze nie żyła obecnie z jej mężem. Żyd w zasadzie nie powinien z kobietą, a tym bardzie samarytanką rozmawiać. To ta grzesznica można powiedzieć pośrednio powoduje nawrócenie miasta. Dlaczego tak się stało? Kobieta powiedziała „Powiedział mi wszystko, co uczyniłam” i to przekonało innych. Czy w dzisiejszych czasach wystarczyłoby to powiedzieć, aby ludzie się nawrócili i powiedzieli „On prawdziwie jest Zbawicielem świata”. Kobieta odbyła spowiedź życia, wyzwoliła się.  Dziś to spotkanie przy studni siłą rzeczy nabiera innego spojrzenia, bo powszechnie nad umysłami zapanował koronowirus. Boimy się śmierci, boimy się cierpienia, odosobnienia, samotności (bo tak się stanie, gdy będziemy zarażeni – bliscy będą mieli kwarantannę w domu; żadnych odwiedzin). Nie jesteśmy na to przygotowani, szczególnie na izolację, samotność, bezradność. W takim stanie była też ta samarytanka. Żyła z mężczyzną nie w związku małżeńskim. Mocno się czuła wyobcowana, samotna, izolowana, pokazywana palcami w środowisku, skoro do studni poszła w południe, nie rano. Unikała ludzi, „bo wszyscy wiedzieli, jak się prowadzi”. Jezus jako żyd w ogóle nie powinien mówić z kobietą a tym bardziej z samarytanką. Jezus tym czasem prowadzi z kobietą dialog o jej życiu. Kobieta nie uciekła w popłochu, nie powiedziała „to nie Twoja sprawa, to moje życie”, a wręcz przeciwnie - rozpoznała Mesjasza. Może jeszcze nie wszyscy uczniowie rozpoznawali w Jezusie Mesjasza, a ta grzesznica tak. Bóg daj się poznać każdemu, począwszy od największego grzesznika. Bóg nie odpycha tych co chcą się zmienić. Działa jednak radyklanie, bo nie można być na tak i na nie jednocześnie. Przy tej Jakubowej studni była spowiedź życia. Nie wiemy, czy kobieta zmieniła swoje życie, ale na pewno przyczyniła się do pozytywnej zmiany życia wielu innych.  Czy można wyciągnąć wniosek, że nasz grzech nie stoi w przeszkodzie, aby nawrócić innego grzesznika, bo nie tyle my, co Bóg działa. Bóg działa na innych poprzez nas grzesznych. Ważne więc spostrzeżenie, że inni patrzą na nas szukając w nas Boga. Tak właśnie, popatrzmy na siebie jako nie tylko na grzeszników, ale na tych co mogą przyprowadzić innych do Boga, mimo naszych grzechów.   To jest misja naszej codzienności. Może to dobre postanowienie na Wielki Post. Nawet koronowirus nam nie powinien poszkodzić w tej misji, bo mamy teraz czas, że więcej go możemy spędzać z rodziną, a tu mamy dopiero jazdę, bo przecież każdy nas zna, a kto uwierzy prorokowi w jego ojczyźnie.  Samarytanka dała radę, to dlaczego nie ja.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Pierwsza Niedziela Wielkiego Postu 2020

Posłuszeństwo

 

     Dzisiejsze czytania krążą wokół kuszenia, jego skutków i sposobu odparcia kuszenia. To niełatwa sprawa, umieć kuszenie zauważyć i go odrzucić. Szatan dostosowuje poziom kuszenia do nas, naszych pragnień, naszej wiedzy, a nawet bieżących potrzeb. Kuszenie jest zawoalowane tak, aby wydawało się normalną potrzebą, nie grzechem. Szatan kusił Jezusa, roztaczając przed Nim potęgę władzy nad tym światem i skorzystanie z przywilejów Boga, bo wiedział, że ma do czynienia z Bogiem. Dostosował poziom kuszenia do pozycji człowieka. Ewę szatan skusił owocem z drzewa, a Adama nie musiał, bo Adam przyjął zakazany owoc nie pytając się skąd go Ewa ma (to grzech zaniechania, ślepota na grzech).  Szatan kusi tym co jest wokoło nas, a może się stać przyczyną naszego upadku. Jedzenie to bieżąca potrzeba, więc kuszenie Ewy poprzez zdobne szaty, lub jakieś złote ozdoby nie miało sensu, bo to nie było zwykłą potrzebą, nie stanowiło wartości w raju. Zobaczmy jak pięknie Ewa opisała zakazany owoc – „drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy”.

     Czy ktoś dziś się zachwyca się tak owocami, no nie, bo mamy inne bieżące potrzeby, które szatan wykorzystuje abyśmy stwierdzili, że to coś, co pragniemy (a jest zakazane dla naszego dobra), spowoduje, że będziemy w czymś lepsi, więksi niż inni, zdrowsi, bogatsi itd. Ułuda sukcesu życiowego. Z chwilą, gdy pokusa się urealni w postaci grzechu nagle widzimy, że jesteśmy nadzy. Bieżąca potrzeba stała się przesłanką do grzechu. Ewa i Adam nie widzieli swej nagości aż do grzechu, bo była dla nich stanem normalnym, nie było podstaw do wstydu. Jak zgrzeszymy to pojawia się wstyd, bezsensowna (bo niby gdzie mielibyśmy uciec?) ucieczka przed Bogiem i przed bliskimi. Chcielibyśmy przedmiot naszej zguby zakopać, zniszczyć, wymazać z pamięci, a tego się nie da. Bóg w swym miłosierdziu może nam wybaczyć, bliscy tak samo, a my sami sobie już nie koniecznie i chodzimy potem jak półtorej nieszczęścia pełni złości, poczucia wstydu i upadku. To jest cel działania szatana tu na ziemi.  Bóg nas kocha, ale jako dobry Ojciec nie może puszczać płazem ważnego występku, dlatego Adam i Ewa poszli precz z raju. Koniec sielanki, bo mieli wszystko co im było do szczęścia potrzebne, a sami to zaprzepaścili (oboje – nie tylko Ewa).

     Abyśmy my nie zaprzepaścili własnego szczęścia to musimy podjąć czujną walkę z pokusą (to są te postanowienia wielkopostne).  Jak się bronić przed pokusą.? Jak się bronił Jezus – Słowem Boga. To samo Słowo znał dobrze szatan, a chciał je wykorzystać przeciw Jezusowi. Nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Szatan nam podpowiada, że przecież to taka słabostka, że inni też tak robią, że przecież nie jesteśmy gorsi od innych, aby …, trochę swobody nie zaszkodzi, trochę plotkowania nie zaszkodzi, trochę pooglądania „gołych bab” nie jest od razu zdradą, trochę fuszerki nie wadzi, aby tylko nikt nie widział…. Właśnie, grzech jest naszą ślepotą na Boga. Tak nas skusi nasza żądza, pragnienie, że zapominamy, że jest Bóg, tuż obok. Mamy nadzieję, że Bóg się na chwilę zdrzemnie? Obrona przed kuszeniem poprzez Słowo jest na pewno skuteczna, ale czy czujemy się na tyle silni w Słowie, że wiemy co mamy sobie przypomnieć z Słowa, aby nie zgrzeszyć?

     Mamy narzędzia inne jak Dziesięcioro Przykazań, Przykazania Kościelne i wiele innych skondensowanych zapisów o zasadach postępowania zgodnych z Słowem, które warto sobie przypomnieć przy kuszeniu. Wystarczy wziąć skarbczyk i zajrzeć na pierwsze strony. Zasadnicza sprawa, aby nie rozpocząć realizacji albo się w porę wycofać z realizacji kuszenia, czyli zachować trzeźwość serca i umysłu. Szatan nas tak omamia pokusą, że przenosimy się w inny świat, a potem się okazuje, że to świat iluzoryczny, chwilowy, nierzeczywisty, świat naszej zguby. Co jest zasadniczą cechą Jezusa człowieka, że nie poddał się kuszeniu – posłuszeństwo. Św. Paweł pisze „Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi.” Tak więc trzeźwość serca i umysłu jest podparta posłuszeństwem. Nauczmy się być posłuszni Bogu. Może to jest to najważniejsze wezwanie na Wielki Post. Posłuszeństwo w każdym wymiarze, w każdym miejscu i sytuacji.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Postanowienia na Wielki Post. Środa Popielcowa 2020r

Modlitwa, post, jałmużna to filary życia chrześcijanina. Szkoda, że znak krzyża zrobiony popiołem nie zostaje nam na czole dłużej niż do wieczora Środy Popielcowej.

 

     Często postanowienia wielkopostne, zostają tak samo potraktowane jak postanowienia noworoczne, czyli stanowią powtarzającą się historią ich niedotrzymywania z powodów … i tu już dochodzimy do momentu, gdzie mamy mistrzostwo w usprawiedliwianiu. Prorok Joel mówi „Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty!” a św. Mateusz napomina w podobnym tonie „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli”. Jeżeli Wielki Post ma być WIELKI to Bóg musi być jego centrum, a nie my i nasze czasem infantylne postanowienia, nasza samorealizacja. Bóg nas traktuje poważnie, jak przystało na Ojca. Ojciec przytuli, a nawet się pobawi i powygłupia, ale ma zasady, jest twardy kiedy trzeba. Wielki post to nie kolejna okazja do odchudzania, ale jest okazją do walki z grzechem nieumiarkowania w jedzeniu i piciu.  Tak samo Wielki Post nie jest okazją, aby walczyć z oglądaniem pornografii, ale z walką z grzechem nieczystości. Nie jest okazją do nauki języka, ale do walki z grzechem lenistwa.  Nie jest okazją do umówienia się na piwo, ze szwagrem, którego się nie cierpi, ale okazją do walki z gniewem czy pychą lub zazdrością. Nie jest okazją do większej daniny na tacę, ale okazją do walki z chciwością czy też pychą. My mężczyźni szczególnie jesteśmy zobowiązani do tego, aby nasze postanowienia nie były słomianym zapałem, nie myliły przyczyny lub skutku z celem. Celem naszego życia jest osiągnięcie nieba, a nie bylejakość i dotrwanie do dnia Sądu Ostatecznego w błogim przekonaniu, że przecież nikogo nie zabiłem, nie kradłem, nie cudzołożyłem, więc jestem ok. Wielki Post ma nam „rozdzierać serce”, a aby do tego doszło to jednak zacznijmy od rozeznania, co takiego jest powodem, że jestem taki wspaniały, albo taki zły.

     Na początku więc, rozeznajmy co Bóg od nas oczekuje. To rozeznanie ma nam „rozdzierać serce”.  Zawsze zaczynajmy od modlitwy, a jałmużna i post przyjdą potem z tego co wymodlone. Jak jałmużna i post pochodzą od naszych potrzeb zaspokojenia swych ambicji bycia lepszym, a nie wskazań rozeznanych z modlitwy to wtedy mamy postanowienia infantylne, błahe, tylko samorozwój, a to znaczy, że nie szanujemy Ojca. Tuż po słowach dzisiejszej Ewangelii jest przytoczona modlitwa Pańska w której mówimy „niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie”. To jest sedno rozeznania – „Twoja wola” Jezu.

     Rozmawiajmy z Bogiem jak naprawić nasze życie i spełniajmy Jego wolę. To może się wydawać na początku trudne, ale w tym, aby spełnić Jego wolę okazuje się pomocny post i jałmużna. Post to nie radyklane umartwianie się, ale walka z własną pożądliwością, pychą, zazdrością itd. na całej linii frontu naszej walki z tymi grzechami które nas niszczą, z nieprzestrzeganiem Prawa Bożego. Działanie wybiórcze, że np. nie będę pił alkoholu, jadł słodyczy, oglądał zbereźnych filmów, przy jednoczesnym plotkowaniu (obawianiu), wykonywaniu swej pracy w sposób niesolidny, braku poszanowania dla rodziców, małżonki lub dzieci, np. braku rozmawiania z nimi, to wszystko oznacza, że nie wiemy co to jest post.

     Post to takie wyważenie miłości własnej, aby korelowała z miłością bliźnich (w tym do tych co nas skrzywdzili), a przede wszystkim do Boga. Módlmy się, aby nasze postanowienia nie był takie, że jak pisze Św. Mateusz „przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda!”. Jak już wymodlimy nasze „postne” postanowienie to też wymódlmy naszą jałmużnę. Tu sprawa czasami jest rozumiana jednoznacznie, że dotyczy pieniędzy.  Pieniądze ofiarowane na rzecz biednych, czy też np. zakonów kontemplacyjnych, chorych dzieci itd. to dobrze ulokowane pieniądze. Tymczasem jałmużna to dawanie siebie.  Pieniądze są efektem naszej pracy i też są sposobem dawania siebie (jałmużny), ale najpiękniejszym sposobem dawania siebie innym jest poświęcony im nasz czas, oddanie swoich talentów (przecież dane są od Boga).

     Tak więc jałmużna to nie tylko pieniądze, ale coś co dziś jest najbardziej cenne – czas. Ochłońmy z zagonienia i zbliżmy się nie tylko do najbliższych, ale i tych którzy gdzieś są na obrzeżach naszej codzienności. Podsumowując,  przygotujmy się do Wielkiego Postu, aby nie był kolejną akcją (nawet na 40 dni), ale stał się naszym wzrastaniem w wierze i drodze do nieba. Nasze postanowienie Wielkopostne ma się zamienić w codzienność na chwałę Boga.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


VI Niedziela zwykła - 16.02.2020r

Rozpoznanie sercem.

 

Wiemy, że Ewangelia Św. Mateusza była głównie przeznaczona dla żydów. Dlatego tam tak wiele przywołań Starego Testamentu, odniesień do zwyczajów i obyczajów. Ta Ewangelia miała przemówić przede wszystkim do żydów, że Jezus to ten na którego czekali.

Dzisiejsza Ewangelia w pełni się wpisuje w ten kształt, bo Jezus dziś wprost mówi „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków”. Mówi więc - z Was się wywodzę, nie jestem obcy, przestrzegam waszych reguł życia, waszych zasad, a to są zasady dane przez Boga. Wręcz mówi – „Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić.” i dalej „Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni”. Potem Jezus powtarza im i nam kilkakrotnie „Zaprawdę powiadam” i bezpośrednio wyjaśnia, jak spłyciliśmy, ograniczyliśmy Boże przykazania dla własnej wygody, pychy, lenistwa itd.

Mówimy, że prawo jest prawem, ale jak jest nieżyciowe to należy żyć po swojemu. Tak było, tak jest i będzie. Naginanie prawa, dostosowywanie do chwili, do bieżących potrzeb jest znane. Z drugiej strony literalne stosowanie prawa jest jego zubożaniem, bo jak widać Jezus poszedł szeroko z znacznie „Nie zabijaj”, „Nie cudzołóż”, „Nie będziesz fałszywie przysięgał”. Zarówno wtedy jak i teraz tak szerokie pojęcie tych grzechów (i innych również) jakie przedstawił Jezus, budzi sprzeciw wielu, dla wielu to ograniczenie wolności, swobody wypowiedzi itd. Człowiek zaczyna żyć po swojemu, wg własnych reguł, które bazują na Prawie Bożym, ale to tylko baza, nic konkretnego, zobowiązującego. Tak się pogrążamy i idziemy w śmierć. Księga Mądrości Syracha mówi „Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się spodoba, to będzie ci dane.”.

Wolność nam dana może stać naszą drogą ku Bogu, życiu wiecznemu albo drogą do śmierci. „Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć.”, to jest nasz wybór. Po pierwsze więc aby nie ulegać pokusie życia po swojemu, tak jakby Boga nie było.  Po drugie żyć po Bożemu, czyli aby nie tylko się bać popełnienia grzechu widocznego dla innych, na zewnątrz, w sposób namacalnych dowodów grzechu, ale unikać grzechu na etapie zamiaru i nie tylko tego literalnego, ale głębiej, szukać głębiej w sercu, w umyśle, w zamiarze uczynienia zła. Zamiaru uczynienia zła nie widać na zewnątrz, można ukrywać swoją prawdziwą twarz przed ludźmi, ale nie przed Bogiem, „Ponieważ wielka jest mądrość Pana, ma ogromną władzę i widzi wszystko”.

Bądźmy jak dzieci, które czują miłość i respekt do rodzica (dziś takie relacje by się bardzo przydały w rodzinach). Kiedy dziecko coś zrobi źle to się chowa, ale potem przybiega i tuli się mówiąc, że kocha i pyta się czy się je kocha, mówi samo co zrobiło źle i prosi, aby mu przebaczyć. One wyczuwają, że coś zrobiły źle sercem, a nie szukają uzasadnienia, czy aby na pewno to co zrobiły jest złe. Bądźmy jak te dzieci.

Módlmy się słowami psalmu „Naucz mnie, Panie, drogi Twoich ustaw, bym ich przestrzegał do końca. Ucz mnie, bym przestrzegał Twego Prawa i zachowywał je całym sercem.” Przestrzeganie do końca, całym sercem, to znaczy wyczerpująco co do znaczenia, a nie tylko litery. Rozpoznawajmy grzech sercem zanim go popełnimy.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski.

 

 


Smak życia

Podbijanie smaku życia.

 

Skąd byli apostołowie, gdzie ich Jezus powołał apostołów? Nie w centrum życia religijnego, nie w Jerozolimie, czy nawet Judei, ale nad jeziorem Genezaret, w Galilei. Tam, w Galilei się wychował, a przecież jest napisane „Czyż może być co dobrego z Nazaretu?.  Po drodze do Jeruzalem mamy Samarię, a wiemy jak o samarytanach mówili „pobożni żydzi”. Czyli Galilea to dla „prawdziwego żyda” zaścianek.

Bóg współdziała w zbawieniu nie z tymi uczonymi, nie z rabinami, nie z służbą świątynną, ale z zwykłymi rybakami, a nawet takimi grzesznikami jak celnik.  Zaczyna wśród ludzi z zaścianka Kościoła i ich wybiera na „sól tej ziemi”. Ryzyko, tak po ludzku ogromne, aby dać w ręce pospólstwa (rybak to nie uczony w piśmie) tak ogromną odpowiedzialność jak misja kontunuowania dzieła niesienia Ewangelii. Bóg zaryzykował i miał rację  - bo ich znał, a więcej nadał im nowe imiona, aby kompletnie zostawili za sobą to co było. Jezus kończąc przemówienie o błogosławieństwach które jest tak naprawdę drogowskazem życia każdego, zwraca się do uczniów „Wy jesteście solą ziemi …. Wy jesteście światłem świata”. Jednocześnie mówi „Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.”

Jest to ostrzeżenie przed pychą, przed sprzeniewierzeniem się misji jaka ich czeka i skutkami gdyby się tak stało. Apostołowie mają być wzorem i muszą sobie zdawać sprawę, że zawsze będą pod obserwacją ludzi, czyhających na ich potknięcie. (nic się nie zmieniło – kapłani, Kościół jest pod czujnym „nadzorem”). Podstawowe zadanie apostołów -  „Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.

Co to znaczy nieść światło doskonale mówi prorok Izajasz –„Dziel swój chleb z głodnym, do domu wprowadź biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwracaj się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!” Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem'. Przytoczyłem dzisiejsze czytanie w całości, bo nie można wręcz rąbka uszczknąć. Tak jest wyraziste, pełne treści i a streszczanie byłoby barbarzyństwem upraszczania. Zobaczcie jakie skutki ma niesienie światła „Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!”. Pan odpowie, a trzeba tak niewiele tylko zauważyć człowieka obok. Nie kalkulować czy się opłaca, nie odwracać głowy, nie pouczać, nie zasłaniać się brakiem czasu. Być dla drugiego człowieka. Chociażby ten ostatni akapit- „nie odwracaj się od współziomków” – czy nie masz z tym problemu?. Kiedy zainteresowałeś się (nie aby obgadać) sąsiadem, współpracownikiem jak widzisz że jest smutny i coś go dręczy, zagadnąłeś do kolegów, koleżanek z którymi niby nie masz o czym mówić.

Bóg nie wymaga czegoś ponadludzkiego, ale zwyczajnego bycia człowiekiem jak to się popularnie mówi. Być sola ziemi, być światłem świata to nie błyszczenie w fleszach, bycie w centrum zainteresowania mediów, czy nawet lokalnych „wszystkowiedzących ciotek”  (dla równowagi może być i „wujków”), ale zauważanie ludzi wokoło i bycie dla nich. Tak naprawdę trzeba zacząć od swojej rodziny – zauważyć żonę, dzieci i im poświęcać więcej czasu niż przerwa w meczu piłkarskim.

Zacznijmy nieść światło i nadajmy smak życiu naszej rodziny będąc solą która uwypukli wszystkie dobre walory żony, dzieci, rodziców a nawet teściowej

Niedziela - Święto ofiarowania Pańskiego, 02.02.2020r

Mój Bóg.

 

Bóg przniesiony do świątyni. Maryja i Józef przestrzegają prawa. Nie wywyższają się, nie próbują stawać ponad prawem. Postawmy się w Ich sytuacji dziś. Jakbyś zareagował na wieść, że opiekujesz się Mesjaszem? Pokusa celebryty jest ogromna. Pokusa wywyższania się pod przykrywką, że to dziecko jest Mesjaszem, a ja się nim opiekuję, jestem taki jest wspaniały, całe moje życie jest dla niego – naprawdę, to po co ten medialny szum? Maryja i Józef i dziś nie rozpychaliby się łokciami, nie oczekiwaliby ukłonów, pierwszych stron, oglądalności na portalach. 

Również i dziś poszliby do Świątyni z Jezusem. Być zwyczajnym jednocześnie nadzwyczajnym dzięki bliskości Boga. Nie tylko mogli doświadczyć tej bliskości cielesnej (jak to bywa z małym dzieciątkiem), ale i tej duchowej.

To dzisiejsze święto przedstawia nam jeszcze jeden obraz – tłum ludzi przed świątynią (skoro tam były kobiety to przed) i dwoje z nich natchnionych przez Ducha Świętego znajduje Maryję, Józefa i dzieciątko, w którym rozpoznają Boga. Pomyślmy, jak to było. Jak ktoś był w Jerozolimie, a tym bardziej w okolicach byłej Świątyni (czyli obecnie kawałka muru w postaci Ściany Płaczu) to zdaje sobie sprawę z tłumów (nie tylko turystów) modlących się tam żydów. Jak można rozpoznać osobę nieznajomą.  Nie da się, bo nie wiadomo kogo szukać. Oni wiedzieli, bo szukali Boga, a nie niemowlęcia, matki, ojca. Duch Święty musiał im wskazać, bo inaczej by tam stali do dziś czekając na spełnienie swoich wyroczni. Nie chodźmy do kościoła z przypadku, z przyzwyczajenia, z potrzeby dobrego samopoczucia lub dla kogoś innego, aby podnieść swoją wartość w sposób fałszywy.

Chodźmy do Kościoła, aby tam spotkać Boga. Idźmy tam natchnieni przez Ducha Świętego. Idźmy do Kościoła w wierze, aby spełnić przykazania Boże, Kościelne (tak samo jak Maryja i Józef). Natchnienie Ducha świętego miejmy przygotowując się do tego wyjścia. Przecież idziemy na spotkanie z Bogiem, na ucztę, to czemu mamy się nie przygotowywać tak jak się przygotowujemy na wyjście na urodziny, na spotkanie z przyjaciółmi. Przecież na te spotkania się porządnie ubieramy, zabieramy jakiś podarunek, mamy w zamyśle o czym to będziemy opowiadać, czym się będziemy dzielić. Po prostu się przygotowujemy. Tym bardziej przygotowujmy się na spotkanie z Bogiem w kościele, bo tam jest Kościół, czyli my i Bóg. W jaki sposób? Po pierwsze spowiedź (to jak umycie się, ogolenie, uczesanie, a kobiety jeszcze pomalowanie), czyste serce. Przeczytania liturgii czytań – to 10 minut, a aplikacji na smartphonie dotyczących codziennych czytań jest ogrom. Tylko dotknąć ekranu, który i tak dotykamy 10 razy na 10 minut, albo przynajmniej często. Liturgia Słowa to jest jak przygotowanie do rozmów towarzyskich, bo przecież idę na spotkanie, aby pogadać, a nie pomilczeć, obserwować, aby potem obgadać, kto jak się zachowywał lub był ubrany i jakie to głupoty były na kazaniu.  Jak otwieramy lekturę Słowa to jakoś zawsze pojawia się ON - Duch Święty. On jest i z grzeczności, a i przyzwoitości, aby nie pobłądzić należy zaprosić Ducha Świętego, aby nam towarzyszył w naszych rozważaniach. Tak przygotowani możemy wyjść na spotkanie. Gotowi?

 Boże przyjdę do Ciebie, bo znów mnie zaprosiłeś. Cieszę się że znów mogę iść do Ciebie. Idę i jestem przygotowany, bo wiem, że Ty na mnie czekasz, jak na przyjaciela.  Ja grzesznik przychodzę tu do świątyni dla Ciebie, i tylko Ciebie tu widzę, tylko Ciebie tutaj szukam i zawsze znajduję. Bo Ty jesteś który jesteś - mój Bóg. Amen.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Uroczystość Objawienia Pańskiego

Trzej królowie czy Objawienie Pańskie

 

Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: „Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon”. Wyruszyli w konkretnym celu – „oddać pokłon”. Nie tylko oddali pokłon, ale i dali dary, takie jak na owe czasy były bardzo wartościowe, użyteczne, potrzebne. Dziś mamy uroczystość Objawienia Pańskiego. Ewangelista Mateusz nie podaje ilu ich było, jak wyglądali, itd. (przestrzegał RODO

29.12.2019r - Święto świętej Rodziny: Jezusa, Maryi i Józefa

Weźmy Boga do domu.

 

Piękne święto dziś mamy – Świętej Rodziny. Znów słyszymy jak we śnie Józefowi Anioł mówi co ma zrobić. Tak się zastanawiałem, dlaczego w nocy i we śnie przychodzi anioł do św. Józefa? Krótko byli Józef i Maryja w Betlejem, około dwóch lat (skoro Herod chciał zabić wszystkich dwulatków).

Może Józef zaczął na nowo pracować, może zaczął budować dom, stabilizować życie, bo tak należało, taki jest obowiązek mężczyzny-męża. We śnie nam a i tym samym Józefowi, nie było żal tego opuszczać, bo nie widział dokoła tego co zaczął budować. We śnie nie ma miejsca na targowanie z Bogiem, czy też dialogi.

Józef postępował zgodnie z słowami dzisiejszego psalmu „Szczęśliwy człowiek, który służy Panu i chodzi Jego drogami. Będziesz spożywał owoc pracy rąk swoich, szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie. Małżonka twoja jak płodny szczep winny w zaciszu twego domu. Synowie twoi jak oliwne gałązki dokoła twego stołu. Tak będzie błogosławiony człowiek, który służy Panu.” Swoje „Ja” Józef schował do kieszeni. Może Bóg z Józefem właśnie tak rozmawiał, bo wiedział jaki jest (człowiekiem wielkiej wiary i bojaźni Bożej), ale też sądzę był twardym facetem – fach cieśli wymaga nie tylko siły, ale wiedzy, rozeznania, umiejętności podejmowania decyzji.

Może Józef to nie tylko był człowiek pokorny, ale ten który miał swoje zdanie poparte racjonalnym podejściem do życia i dlatego nocą Bóg Mu dawał propozycje nie do odrzucenia, nie do dyskusji, aby Józefa nie zatrzymało męskie „ja” w tym Betlejem, a przedtem przed przyjęciem Maryi do siebie. Józef był odpowiedzialny za rodzinę, mając gdzieś z tyłu głowy, że oni tworzą niezwykłą rodzinę. Całe dzieciństwo, młodość Jezusa w słowach ewangelistów jest w kilku epizodach, a przecież to musiał być niezwykły okres życia Boga wśród nas. Bóg żył w rodzinie – matka, ojciec, dziecko. Taka normalna rodziną wykonująca codzienne sprawy. Gdyby wtedy coś się działo niezwykłego to zapewne zostałoby to zauważone i opisane.

To był bardzo intymny okres bycia Boga wśród ludzi, w rodzinie, tak na co dzień. Bóg poznawał człowieka (swoje dzieło) i człowiek Boga (swego stwórcę). Czas szybko ucieka, wiedzę to swoich dorosłych dzieciach. Czas niespędzony wspólnie jest bezpowrotnie utracony, niepotrzebne swady i z złości o swoje „ja” (obojętnie czy ojca, matki czy córki, syna) to czas utracony. Patrzmy my mężczyźni jak ten świat postrzega św. Józef, jak być ojcem rodziny uczmy się od Niego. Podejrzewam, że Bóg dał na tyle radości, miłości, łaski wiary, zaufania, aby Maryi i Józefowi starczyło na te chwile, które miały nadejść.

To co my rodzice, możemy dać naszym dzieciom zanim wyjdą w własne życie to jest to samo co Bóg dał poprzez dzieciństwo Jezusa u Maryi i Józefa - radość bycia w rodzinie, miłość, łaska wiary w Boga i zaufanie Jemu (Bogu) i rodzicom, że zawsze będą mieli ramiona otwarte na powitanie, przytulenie, czas (to dziś najważniejszy aspekt – czas dla drugiego człowieka). Boże Narodzenie za nami, ale teraz właśnie mamy pielęgnować to „Boże Narodzenie” w naszej rodzinie.

To nasze zadanie – być rodziną, bożą rodziną, tzn., że pozwólmy Jezusowi zamieszkać u nas, wejdźmy w ten intymny, osobisty, „dotykalny” kontakt z Bogiem. Weźmy Boga do domu.

 

Krzysztof Wróblewski


Zapamiętaj mnie (90 dni)

Aby uzyskać dane do logowania zadzwoń: 32 733-39-42