Rodzina Kożdoniów

 

 

 

 

 

 

 

 


Kultywowanie pamięci o tych, którzy żyli i cierpieli dla nas jest formą modlitwy za zmarłych. Jedną z najbardziej doświadczonych okupacyjnym cierpieniem chwałowickich rodzin jest rodzina Kożdoniów.

 

            Paweł Kożdoń i Franciszka Kożdoń - ojciec i matka. Wychowali gromadkę dzieci. Jako rodzice stanowili dla nich dobry wzór. Ojciec, poza tym, że pracował w chwałowickiej kopalni, był społecznikiem i patriotą. W czasie plebiscytu Niemcy nazywali go polskim królem. Paweł Kożdoń w przedwojennych Chwałowicach stworzył w swoim skromnym mieszkaniu bibliotekę służącą mieszkańcom dzielnicy, jego żona zaś angażowała się w prace Towarzystwa Polek.

 

            W czasie okupacji, wskutek donosu, z powodu książek i patriotyzmu gestapo aresztowało ojca rodziny i jednego z jego synów - Władysława. Pozostała część rodziny została eksmitowana z mieszkania i znalazła schronienie u zaprzyjaźnionej rodziny Tkoczów. Władysław przeżył obóz koncentracyjny, ojciec niestety nie. Z czasem, rodzina otrzymała list z Ravensbrück z lakoniczną informacją, że ojciec zmarł wskutek obrzęku ramienia.

 

            Dzieci Pawła Kożdonia nie pozwoliły się złamać i organizowały w Chwałowicach ruch oporu. Część z nich została członkami Związku Walki Zbrojnej, który z czasem przekształcił się w AK -  Armię Krajową.

Wskutek kolejnego donosu w 1943 roku Niemcy aresztowali matkę wraz z czwórką dzieci – Pawłem, Jankiem, Janiną i Franciszkiem. Wszystkich brutalnie przesłuchiwano w więzieniu w Mysłowicach. Każdy z członków rodziny był zamknięty w osobnej celi. Dzieci truchlały na myśl o przesłuchiwanej matce, bo więzienie należało do jednego z najokrutniejszych, o czym zaświadczają ci którzy tam byli:

 

Do łóżek – jak zeznał więzień Erwin Met – trzeba było wskakiwać przepisowo. Po odliczeniu przez kalifaktora do trzech i okrzyku „Ruhe”! więzień musiał już być w łóżku. Jeśli ktoś potem jeszcze się poprawiał, bito go bykowcem i otrzymywał do 25 uderzeń. Na łóżkach trzeba było leżeć w pozycji „na baczność”. Nie wolno było poruszać nogami ani rękami. Za poruszenie się kalifaktor bił bykowcem. W ciągu dnia przez 2 godziny każdy więzień musiał leżeć bez ruchu, a co 2 godziny wzywano do raportowego zejścia z łóżek na komendę i ustawiania się w szeregu. W grupach po 10 więźniów kazano biec do ustępów z podniesionymi do góry rękami i następnie biegiem ustawić się z powrotem w tym samym miejscu. Przy wskakiwaniu do łóżek więźniowie ranili sobie nogi i głowy o drewniane prycze.

 

            Po okrutnych przesłuchaniach matka została wysłana do obozu koncentracyjnego w Auschwitz-Birkenau, gdzie zmarła wskutek wycieńczenia w 1944 roku.

Jej córka Janina również została tam zesłana. Uczestniczyła później w Marszu Śmierci. Idąc pieszo z Auschwitz dotarła do Wodzisławia mijając rodzinne Chwałowice. Cudem dotarła do Ravensbrück, gdzie doczekała wywolenia przez armię amerykańską.

Janek, Józef i Franciszek też trafili do obozów koncentracyjnych, które udało im się przeżyć, podobnie jak ich bratu Władysławowi, aresztowanemu najwcześniej wraz z ojcem.

            Mniej szczęścia miał Paweł, syn Pawła Kożdonia. Skazano go na pobyt w obozie koncentracyjnym w Auschwitz, z którego udało mu się uciec. Był sprawnym, młodym harcerzem i pod nosem niemieckiej policji dotarł aż do Chwałowic. Chciał pomścić rodziców, więc zangażował się w ruch oporu. Podczas akcji zbrojnej w chwałowickich Brzezinach, kiedy chciał zdobyć niemiecką broń, trafił na grupę pięciu niemieckich policjantów. Nie mógł uniknąć walki. Miał tylko dwa pistoety z pełnymi magazynkami. Uciekając został ranny. Bronił się do końca. Ostatni nabój zostawił dla siebie. Niemcy pochowali go pod płotem chwałowickiego cmentarza, a dom wspomagających go Tkoczów zniszczyli pancerfaustem.

 

            Rodzina Kożdoniów doświadczyła cierpienia tylko dlatego, że jej członkowie byli wyraziści, kochali swój kraj i nie zgadzali się na okupacyjną przemoc.

 

            Miejsce śmierci Pawła Kożdonia upamiętnia harcerski krzyż na ulicy Kożdoniów. Pamiętajmy o nich, bo oni o nas na pewno by nie zapomnieli.

 

Jan Krajczok w oparciu o tekst Józefa Klistały Wierni do ostatka przysiędze składanej na harcerski krzyż.

(http://zapomniany.rybnik.pl/tag/kozdon/)

Zapamiętaj mnie (90 dni)

Aby uzyskać dane do logowania zadzwoń: 32 733-39-42