LUDZIE CHWAŁOWIC

Wprowadzenie nowenny

Ks. Marek Jędraszewski, Arcybiskup Metropolita Krakowski zaprasza całą Polskę do Narodowej Nowenny przed 100. rocznicą odzyskania niepodległości przez nasz kraj. W swoim przesłaniu pisze:

Przeżycia te będą pielęgnowaniem i rozwojem duchowym darów, jakimi hojnie zostaliśmy ubogaceni w minionym roku. Był to rok jubileuszu objawień fatimskich i gietrzwałdzkich, rocznicy koronacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej i innych pięknych wydarzeń. Niech więc nie słabnie modlitwa różańcowa, do której zostaliśmy wezwani i której szczególnym wyrazem był „Różaniec do Granic”. Nie zapominajmy o tym, że na nowo zawierzyliśmy swoje życie Niepokalanemu Sercu Maryi i że odnowiliśmy akt przyjęcia Chrystusa jako naszego Króla i Pana. 

W przeżyciu jubileuszu odzyskania niepodległości, będziemy się starać przenikać duchem Ewangelii wszystkie sfery naszego życia osobistego, rodzinnego i narodowego.

Będziemy się modlić o postawę miłosierdzia wobec potrzebujących, o łaskę chrześcijańskiego świętowania niedzieli, o błogosławieństwo dla małżeństw i rodzin, o solidne wykonywanie pracy i godny odpoczynek, o szacunek dla życia i jego obronę, o wolność od nałogów i uzależnień, o jedność i solidarność w naszej Ojczyźnie i w innych intencjach ważnych dla życia Kościoła i narodu.

Niech „Jubileuszowa Nowenna” stanie się wspólną narodową modlitwą, przygotowującą nas do godnego przeżycia setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez naszą Ojczyznę.


Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi

 

Boże, Rządco i Panie narodów,
z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać,
a za przyczyną Najświętszej Panny,

Królowej naszej,
błogosław Ojczyźnie naszej,

by Tobie zawsze wierna,
chwałę przynosiła Imieniowi Twemu
a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

 

Wszechmogący wieczny Boże,
spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom
i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej,
byśmy jej i ludowi Twemu,
swoich pożytków zapomniawszy,
mogli służyć uczciwie.

 

Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje,
rządy kraju naszego sprawujące,
by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym
mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen


CHWAŁOWICKA NOWENNA ZA OJCZYZNĘ 2018 r.

 

Przypadające  w tym roku stulecie odzyskania przez Polskę niepodlegości nakazuje wyrazić wdzięczność wszystkim tym, którzy się do niej przyczynili. Każdy z nas korzysta z wysiłków pokoleń poprzednich. Bez nich nie byłoby świata w którym żyjemy.

 

Wdzięczność jest czymś, co powinno cechować przyzwoitego człowieka, ale wdzięczność za wolną ojczyznę i służba dla niej są  czymś więcej niż przyzwoitością, bo formą życia chrześcijańskiego.

 

Jan Paweł II pisze: Jeśli pytamy o miejsce patriotyzmu w Dekalogu, to odpowiedź jest jednoznaczna: wchodzi on w zakres czwartego przykazania, które zobowiązuje nas, aby czcić ojca i matkę.

 

Ojciec Święty pisze również o tym co różni nacjonalizm od patriotyzmu: Charakterystyczne dla nacjonalizmu jest bowiem to, że uznaje tylko dobro własnego narodu i tylko do niego dąży, nie licząc się z prawami innych. Patriotyzm natomiast jako miłość ojczyzny, przyznaje wszystkim innym narodom takie samo prawo jak włąsnemu, a zatem jest drogą uporządkowanej miłości społecznej.  (Jan Paweł II:  Pamięć i tożsamość, s.71, s.73.)

 

Opracowanie cyklu Jan Krajczok


Józef Pukowiec

         Niech przemówią chwałowickie pomniki, za którymi kryją się nasi bliscy, którzy oddali życie za ojczyznę. Wspomnijmy dzisiaj mieszkańca przedwojennych Chwałowic, Józefa Pukowca, który jest jednym z największych bohaterów miejsca w którym żyjemy. Pojawił się w Chwałowicach, dlatego, że Niemcy wyrzucili go ze szkoły za kolportaż polskiego pisma 'Katolik'.

         W 1926 roku Józef Pukowiec ukończył seminarium nauczycielskie w Pszczynie i podjął pracę w obecnej szkole nr 13 w Chwałowicach, w charakterze nauczyciela. Był jednocześnie drużynowym harcerskim, a w 1930 roku został komendantem rybnickiego hufca. W 1939 roku, kiedy Chwałowice były okupowane przez Niemców, Józef Pukowiec założył podziemnną organizację harcerską, która współpracowała z polskim, zbrojnym podziemiem. W 1940 roku został aresztowany przez Niemców i był torturowany przez dwa lata, po czym zgilotynowano go w Katowicach 14 sierpnia 1942 roku.

         Pukowiec był człowiekiem niezłomnym, bo podczas śledztwa nie wydał nikogo. Gilotyna, którą Niemcy obcięli mu głowę ciągle istnieje po dziś dzień i jest w dyspozycji muzeum w Katowicach. 

 

 

 

 

 

List Józefa Pukowca

pisany do bliskich

w przeddzień egzekucji

 

 

 

 

Kattowitz, 13.8.1942 r.

 

 

Moi Najdrożsi!

 

List Wasz otrzymałem wczoraj. Serdecznie Wam wszystkim za życzenia dziękuję i pozdrawiam Was wszystkich po raz ostatni, życząc Wam wszystkiego dobrego, pogodzenia się z wolą Bożą. Schodzę pogodzony z Bogiem, spokojny, bez wyrzutów sumienia, bez poczucia wyrządzenia komukolwiek krzywdy, z myślą o Was Kochani Rodzice, o Was Bracia i Siostry. Jeśli Was któregokolwiek uraziłem przepraszam i myślę, że mnie także wszystko wybaczycie. Schodzę w przekonaniu, że wykonałem także obowiązki syna i brata ile to leżało w moich siłach. Kiedy list ten otrzymacie, mnie już nie będzie, ale pozostanę z Wami. Proszę Was o modlitwę za biedną i grzeszną duszę moją. Testamentu pisał nie będę, bo wszystko co posiadałem, to gorące uczucia miłości dla Was, Braci oraz Siostry, a o nich wątpić nie będziecie. Marię pożegnajcie również. Luśkę, jej córeczki, Waleskę i jej dzieci, Martę i dzieci, Annę, Szwagrów i wszystkich oraz ich dzieci. Rzeczy, które tu są możecie odebrać pod wskazanym adresem: 1) zegarek, 2) parę butów, 3) ubranie szare, 4) płaszcz zimowy, 5) 4 koszule, 6) 3 gaci, 7) parę kapci, 8) 3 pary skarpetek, 9) 3 chusteczki do nosa, 10) 26,08 DM, 11) zeszyty i książki do nauki stenografii, 12) kapelusz szary, 13) kołnierz i krawat, 14) różaniec, 15) listy. Ostatni raz Was pozdrawiam, wytrwajcie w bojaźni Bożej, w myśli o ponownym połączeniu się w zaświatach na łonie Boga, w myśli o lepszym jutrze. Zostańcie nieugięci, niezłomni tym silnym ciosem do ponownego połączenia się. Prochy moje sprowadźcie i pochowajcie albo w Pszczynie lub w Ćwiklicach, jako pomnik wystarczy korona cierniowa. Ostatnie pozdrowienia śle Wasz syn i brat -Józef


Jerzy Malcher - chwałowicki nauczyciel Jamesa Bonda

     Językowe umiejętności brytyjskich agentów są nabywane po dziś dzień w departamencie ministerstwa obrony, który został stworzony przez Jerzego Malchera, mieszkańca Chwałowic. Kiedy, po wojnie, ów departament powoływano do życia, grupa jego twórców składała się z przeszło 70 najlepszych językoznawców z Wysp Brytyjskich. Anglicy nie kwapili się z powierzeniem kierownictwa zespołu Jerzemu Malcherowi, ale na pytania o to czy można go zastąpić kimś lepszym, odpowiadało głuche milczenie. Nikt z Polaków nie zrobił większej kariery w Wielkiej Brytanii niż on. Dokonania Jerzego Malchera zostały uhonorowane przez królową Elżbietę II Orderem Imperium Brytyjskiego, a londyńscy naukowcy przyznali mu tytuł naukowy.

 

     Jerzy Malcher urodził się w lipcu 1914 roku w chwałowickich familokach. Jego matka – Maria była pielęgniarką w rybnickim szpitalu, a ojciec Józef służył jako żołnierz w gwardii przybocznej cesarza Wilhelma i walczył na frontach I wojny światowej, po czym pracował w szybie wyciągowym dzisiejszej kopalni „Chwałowice”. Chwałowicki nauczyciel Jamesa Bonda był harcerzem, uczniem dzisiejszego liceum im. Powstańców Śląskich i absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Szybko awansował w strukturach polskiej administracji. Powierzono mu pracę w konsulacie w Lipsku, ale wybuch wojny sprawił, że jako żołnierz walczył w wojnie obronnej 1939 roku, aż do ostatnich dni jej trwania, czyli do bitwy pod Kockiem. Ranny trafił do niemieckiej niewoli, po czym uciekł na Węgry. Stamtąd, jako tajny kurier, przemycił do okupowanej Polski 10 milionów złotych, które umożliwiły powstanie Szarych Szeregów. Walczył z Francuzami przeciwko Niemcom, a kiedy ci pierwsi uciekali po klęsce do Anglii - był z nimi. I wtedy właśnie nastąpił przełomowy moment w życiu Jerzego Malchera.

 

     Podczas ewakuacji okazało się jak przydatna jest jednoczesna znajomość języków francuskiego i angielskiego. Brytyjscy oficerowie przekazali informację o utalentowanym Polaku swoim przełożonym, którzy wraz z polskim dowództwem wysłali chwałowiczanina na kurs cichociemnych – elitarnej jednostki 300 polskich komandosów. Szybko zauważono jednak, że talenty organizacyjne Jerzego Malchera byłyby utracone, gdyby powierzyć mu jedynie misje dywersyjne. Skierowano go do Afryki Północnej, gdzie Anglicy mieli w niewoli tysiące jeńców niemieckich pochodzących z ziem wcielonych do Rzeszy. Malcher zajmował się ich weryfikacją i przerzucaniem do sił alianckich, w większości do armii generała W. Andersa. To między innymi ci żołnierze zdobywali później wzgórza Monte Cassino. Niemieccy jeńcy ze Śląska, Pomorza, Wielkopolski i Mazur ufali Malcherowi, bo był swój. Warto pamiętać, że jeńcy mieli do wyboru albo walczyć po stronie aliantów, albo doczekać końca wojny w obozach jenieckich. Większość wybrała to pierwsze. Według luźnych szacunków żołnierzy Wehrmachtu z polskim obywatelstwem było około miliona i ich przerzucenie do sił alianckich miało fundamentalne znaczenie dla losów wojny.

 

     Jerzy Malcher osiadł na stałe w Wielkiej Brytanii. Po przejściu na emeryturę zaczął pisać książki. Jedna z nich dotyczyła ludobójstwa na Polakach dokonanego przez Niemców i Rosjan. Był wierny do końca swoich dni Bogu, ojczyźnie i bliskim. Chwałowice mogą być dumne, ze wydały takiego człowieka.

 

Opracował: Jan Krajczok

 

http://ivlorybnik.pl/projekty-uczniow/jerzy-malcher/


Jerzy Malcher - trailer filmu

 


Plan filmowy - miejsce pracy i zawirowań.

  

Przekazywać w ciekawy i mądry sposób - taka dewiza, od samego początku, przyświecała zespołowi filmowemu, który postanowił opowiedzieć o losach Jerzego Malchera – synka z chwałowickich familoków, harcerza, żołnierza armii polskiej, kuriera ruchu oporu, oficera brytyjskiego wywiadu oraz autora książek. Historia Jerzego Malchera ujrzała światło dzienne w dosyć przypadkowy sposób, podczas lekcji języka polskiego w IV Liceum Ogólnokształcącym w Chwałowicach. Kilka lat temu jeden z nauczycieli tej szkoły – dr Jan Krajczok, szukał jakiegoś atrakcyjnego kontekstu, który pozwoliłby przybliżyć jego wychowankom istotę mickiewiczowskiego dramatu „Dziadów', części III. Pomysł był taki, by każdy z uczniów przygotował kilkuminutową prezentację dotyczącą losów wybranego członka swojej rodziny w latach 1939-56. Ramy czasowe zostały wyznaczone najbardziej zbrodniczym okresem w historii Polski związanym z hitlerowskim i sowieckim totalitaryzmem. Jedna z uczennic - Sonia Stożek opowiedziała o bracie swojej babci Hildy – Jerzym Malcherze. Jego losy okazały się tak barwne i niezwykłe, że nauczyciel namówił ją do napisania pracy konkursowej. Praca była świetna i Sonia pojechała w nagrodę do Brukseli jako laureatka konkursu organizowanego przez europosła Marka Migalskiego.

  

Historia chwałowickiego bohatera, pomimo laurów konkursowych, nadal nie dawała spokoju. Nieśmiało kiełkowała myśl o nakręceniu filmu o losach Malchera. Temu zadaniu mógł sprostać jedynie Adam Grzegorzek - absolwent IV LO w Chwałowicach, z wykształcenia historyk, a z zamiłowania filmowiec. Zanim padł jednak pierwszy klaps minęły dwa lata, gdyż podejmowano wielokrotnie nieudane próby pozyskania środków finansowych na realizację przedsięwzięcia. W końcu się udało. Entuzjazm towarzyszący kręceniu filmu częstokroć zwalniał miejsce dla ciężkiej i wymagającej pracy na planie produkcji. Film okazał się sporym wyzwaniem. Zmuszał do gromadzenia rzetelnych informacji, dokumentów i zdjęć archiwalnych dotyczących postaci Jerzego Malchera. Czas akcji filmu, oprócz przestrzeni i miejsca (Europa i Afryka), stawiał także przed filmowcami wysokie wymagania kostiumowe. Koniecznym było zgromadzenie nie tylko epokowych ubrań cywilnych z początku XX wieku, ale przede wszystkim należało znaleźć odpowiednie umundurowanie. Szczęśliwie, Adam Grzegorzek, oprócz fachowego przygotowania historycznego, jest także członkiem grupy rekonstrukcyjnej i dzięki wsparciu jego środowiska skompletowanie właściwego historycznie wyposażenia stało się realne i możliwe. Kolejnym wielkim wyzwaniem było zaproszenie aktorów i statystów, a trzeba podkreślić, że na planie produkcji pojawiła się prawie setka ludzi. W filmie zagrały całe klany rodzinne – począwszy od dzieci, a skończywszy na seniorach. Na efekt końcowy złożyła się praca wielu osób mieszkających w rozmaitych zakątkach województwa śląskiego.

  

Pierwszy oficjalny klaps padł w marcu 2015 roku i dotyczył wydarzeń w Szkocji w obozie cichociemnych. Ostatnie sceny zostały nagrane 28 stycznia 2018 roku. Na planie produkcji pojawiło się mnóstwo pasjonatów w rozmaitym wieku. Pracowaliśmy dziesiątki godzin, często o różnych porach dnia i nocy, a także roku - zgodnie z potrzebami. Żadna nasza prośba nie odbiła się od drzwi - począwszy od aktorów, poprzez rekonstruktorów, krawcową, lektora języka francuskiego, historyków, krewnych Jerzego Malchera i Jadwigi Kauczor – żony Malchera, którzy konsultowali treści i dzielili się fotografiami oraz dokumentami, a skończywszy na opiekunach różnych przestrzeni - kościołów, starych piwnic, domów prywatnych, gospodarstw agroturystycznych, szkół i wielu innych zaskakujących miejsc. Żadne dziękuję nie odda naszej wdzięczności za współpracę. Po wielu miesiącach żmudnej i wyczerpującej pracy dokument fabularyzowany „Jerzy Malcher – między Londynem a Rybnikiem” ujrzał światło dzienne. 17 lutego 2018 roku odbyła się premiera w Domu Kultury w Chwałowicach, podczas której na sali kinowej gościły zarówno rodziny Jerzego Malchera jak i Jadwigi Kauczor. Warto wspomnieć, że losy Jadwigi to właściwie gotowy scenariusz na kolejny film. Tych dwoje młodych ludzi spotkało się w Chwałowicach, a ich miłość przetrwała wieloletnią, dramatyczną rozłąkę, w czasie której Jadwiga przebywała w ciężkim niemieckim więzieniu w Jauer i obozie koncentracyjnym w Ravensbrück. Żywimy wielką nadzieję, że film stanie się przyczynkiem do dalszych poszukiwań dotyczących ciekawych i dramatycznych losów naszych bohaterów.

  

Już po premierze spłynęły do nas kolejne fotografie. Chcemy przetłumaczyć dokumenty znajdujące się w opolskim archiwum, które mogą rozjaśnić nam zawiłe relacje pomiędzy niemieckimi nauczycielami i polskimi uczniami wśród których znalazła się także młodziutka Jadzia Kauczorówna. Już teraz dysponujemy wiedzą, że Jadwiga była w tamtym czasie szykanowana przez nauczycieli o nazwisku Kampa i Krupski, a jej ojciec Konstanty złożył w tej sprawie skargę do Związku Mniejszości Polskiej w Niemczech. Dzięki otwartości Pani Dyrektor Domu Kultury w Chwałowicach pragniemy edukować młode pokolenie poprzez kolejne projekcje filmu skierowane dla szkół. Podejmujemy także próby nawiązania kontaktu z instytucjami w Strzeleczkach – rodzinnym miasteczku Jadwigi Kauczor celem udostępnienia filmu tamtejszej społeczności lokalnej. Naszą pracę na planie produkcji prezentujemy na facebookowym profilu: „Jerzy Malcher – projekt filmowy”. Aktywność na planie filmowym dobiegła końca, ale nie nasza pasja.

 


Rodzina Kożdoniów

 

 

 

 

 

 

 

 


Kultywowanie pamięci o tych, którzy żyli i cierpieli dla nas jest formą modlitwy za zmarłych. Jedną z najbardziej doświadczonych okupacyjnym cierpieniem chwałowickich rodzin jest rodzina Kożdoniów.

 

            Paweł Kożdoń i Franciszka Kożdoń - ojciec i matka. Wychowali gromadkę dzieci. Jako rodzice stanowili dla nich dobry wzór. Ojciec, poza tym, że pracował w chwałowickiej kopalni, był społecznikiem i patriotą. W czasie plebiscytu Niemcy nazywali go polskim królem. Paweł Kożdoń w przedwojennych Chwałowicach stworzył w swoim skromnym mieszkaniu bibliotekę służącą mieszkańcom dzielnicy, jego żona zaś angażowała się w prace Towarzystwa Polek.

 

            W czasie okupacji, wskutek donosu, z powodu książek i patriotyzmu gestapo aresztowało ojca rodziny i jednego z jego synów - Władysława. Pozostała część rodziny została eksmitowana z mieszkania i znalazła schronienie u zaprzyjaźnionej rodziny Tkoczów. Władysław przeżył obóz koncentracyjny, ojciec niestety nie. Z czasem, rodzina otrzymała list z Ravensbrück z lakoniczną informacją, że ojciec zmarł wskutek obrzęku ramienia.

 

            Dzieci Pawła Kożdonia nie pozwoliły się złamać i organizowały w Chwałowicach ruch oporu. Część z nich została członkami Związku Walki Zbrojnej, który z czasem przekształcił się w AK -  Armię Krajową.

Wskutek kolejnego donosu w 1943 roku Niemcy aresztowali matkę wraz z czwórką dzieci – Pawłem, Jankiem, Janiną i Franciszkiem. Wszystkich brutalnie przesłuchiwano w więzieniu w Mysłowicach. Każdy z członków rodziny był zamknięty w osobnej celi. Dzieci truchlały na myśl o przesłuchiwanej matce, bo więzienie należało do jednego z najokrutniejszych, o czym zaświadczają ci którzy tam byli:

 

Do łóżek – jak zeznał więzień Erwin Met – trzeba było wskakiwać przepisowo. Po odliczeniu przez kalifaktora do trzech i okrzyku „Ruhe”! więzień musiał już być w łóżku. Jeśli ktoś potem jeszcze się poprawiał, bito go bykowcem i otrzymywał do 25 uderzeń. Na łóżkach trzeba było leżeć w pozycji „na baczność”. Nie wolno było poruszać nogami ani rękami. Za poruszenie się kalifaktor bił bykowcem. W ciągu dnia przez 2 godziny każdy więzień musiał leżeć bez ruchu, a co 2 godziny wzywano do raportowego zejścia z łóżek na komendę i ustawiania się w szeregu. W grupach po 10 więźniów kazano biec do ustępów z podniesionymi do góry rękami i następnie biegiem ustawić się z powrotem w tym samym miejscu. Przy wskakiwaniu do łóżek więźniowie ranili sobie nogi i głowy o drewniane prycze.

 

            Po okrutnych przesłuchaniach matka została wysłana do obozu koncentracyjnego w Auschwitz-Birkenau, gdzie zmarła wskutek wycieńczenia w 1944 roku.

Jej córka Janina również została tam zesłana. Uczestniczyła później w Marszu Śmierci. Idąc pieszo z Auschwitz dotarła do Wodzisławia mijając rodzinne Chwałowice. Cudem dotarła do Ravensbrück, gdzie doczekała wywolenia przez armię amerykańską.

Janek, Józef i Franciszek też trafili do obozów koncentracyjnych, które udało im się przeżyć, podobnie jak ich bratu Władysławowi, aresztowanemu najwcześniej wraz z ojcem.

            Mniej szczęścia miał Paweł, syn Pawła Kożdonia. Skazano go na pobyt w obozie koncentracyjnym w Auschwitz, z którego udało mu się uciec. Był sprawnym, młodym harcerzem i pod nosem niemieckiej policji dotarł aż do Chwałowic. Chciał pomścić rodziców, więc zangażował się w ruch oporu. Podczas akcji zbrojnej w chwałowickich Brzezinach, kiedy chciał zdobyć niemiecką broń, trafił na grupę pięciu niemieckich policjantów. Nie mógł uniknąć walki. Miał tylko dwa pistoety z pełnymi magazynkami. Uciekając został ranny. Bronił się do końca. Ostatni nabój zostawił dla siebie. Niemcy pochowali go pod płotem chwałowickiego cmentarza, a dom wspomagających go Tkoczów zniszczyli pancerfaustem.

 

            Rodzina Kożdoniów doświadczyła cierpienia tylko dlatego, że jej członkowie byli wyraziści, kochali swój kraj i nie zgadzali się na okupacyjną przemoc.

 

            Miejsce śmierci Pawła Kożdonia upamiętnia harcerski krzyż na ulicy Kożdoniów. Pamiętajmy o nich, bo oni o nas na pewno by nie zapomnieli.

 

Jan Krajczok w oparciu o tekst Józefa Klistały Wierni do ostatka przysiędze składanej na harcerski krzyż.

(http://zapomniany.rybnik.pl/tag/kozdon/)


Rodzina Tkoczów

 

       Jan i Maria Tkoczowie byli rodzicami osmiorga dzieci. Ojciec pracował w chwałowickiej kopalni, żona zaś zajmowała się domem. Wszyscy mieszkali w małym domu  niedaleko lasu nazywanego Królewiokiem. Kiedy w rodzinie Tkoczów było już  czworo dzieci, Jan - ojciec rodziny poszedł walczyć w śląskich powstaniach. Po przyłączeniu Górnego  Śląska do Polski życie zaczęło toczyć się według reguł codzienności - pracy, nauki i modlitwy. Z czasem w domu Tkoczów pojawiły się kolejne dzieci, tak że Jan i Maria Tkoczowie mogli się szczycić gromadką ośmiorga energicznych potomków, z których wszyscy byli  wychowywani w atmosferze służby Bogu, ojczyźnie i bliźnim, wszyscy więc wstąpili do harcerskich drużyn, które działały wtedy prężnie w Chwałowicach. Ich matka, Maria, należała do organizacji wspierającej harcerstwo.

       Z chwilą wybuchu wojny w 1939 roku ojciec rodziny, Jan, bez wahania zaczął współtworzyć  tajną organizację ZWZ, która z czasem została przekształcona w Armię Krajową. W jego ślady poszły wszystkie dzieci: Alojzy, Alfred, Ryszard, Klara, Jadwiga, Kazimierz, Łucja i Józef.

       Dom Tkoczów stał się jednym z ważnych ośrodków rybnickiego ruchu oporu. W budynku znajdowały się podziemne kryjówki, w których nasłuchiwano komunikatów radiowych, drukowano ulotki i wydawano podziemną gazetę 'Zryw'. W zakamarkach domu Tkoczów niejednokrotnie ukrywali się ludzie poszukiwani przez gestapo. U Tkoczów jesienią 1941 roku schroniła się część rodziny Kożdoniów, kiedy wyrzucono na bruk tych z nich, którzy uniknęli wysłania do obozów koncentracyjnych.

       Rodzina Tkoczów nieustannie narażała się na rewizje i nękanie przez okupanta. Część z jej członków musiała się ukrywać poza domem. W lutym 1944 Niemcy urządzili zasadzkę na Alfreda, ukrywającego się u rodziny w Marklowicach. W lipcu tego samego roku zatrzymano Ryszarda, którego później publicznie powieszono w Tychach. Następnie aresztowano rodziców wraz z Alojzym, Klarą i Jadwigą. Pozostałe dzieci zdołały się ukryć i uniknęły aresztowania. Aresztowani członkowie rodziny zostali wysłani do obozów koncentracyjnych. W Mathausen-Gusen zginął ojciec rodziny Jan w wieku 59 lat wraz z synem Alojzym, który miał wtedy lat 35. Kobiety zostały wywiezione do obozu w Ravensbruck. Maria Tkocz, matka ośmiorga dzieci zginęła tam mając 57 lat, zginęła tam również jej córka Jadwiga, która wtedy miała zaledwie 23 lata. Obóz przeżyła Klara Tkocz, która po wojnie wyjechała do Szwecji, gdzie wyszła za mąż. Zmarła w 1996 roku.

       Pozostałe dzieci wróciły po wojnie do rodzinnego domu, lecz niewiele z niego zostało, ponieważ Niemcy po aresztowaniu rodziny pozwolili go splądrować młodzieży z Hitlerjugend, która następnie go podpaliła. Wojsko zniszczyło resztę pociskami z pancerfaustów.

       O poświęceniu i tragicznym losie rodziny Tkoczów przypomina harcerski krzyż stojący naprzeciw chwałowickiego domu kultury. W wypadku takich ludzi jak rodzina Tkoczów, Kożdoniów, czy Pukowców to za mało. Właściwe jest przywołanie słów poety: 'Boże, jeżeli ja zapomnę o nich, ty zapomnij o mnie'.

 

Opracował Jan Krajczok w oparciu o publikacje Jerzego Klistały


Anna Stefek i Konrad Brachman

               

                    Anna Stefek                                      Alfred Tkocz                          Konrad Brachman z żoną

 

Anna Stefek,   Alfred Tkocz   i   Konrad Brachman

 

        Anna Stefek, mając 24 lata,  zmarła z wycieńczenia w obozie koncentracyjnym Auschwitz- Birkenau 25 października 1943 roku. Na jej ręku był wytatuowany numer obozowy 227673.

 

W ostatnich chwilach jej życia towarzyszyła jej Janina Tkocz, z którą Anna przyjaźniła się w Chwałowicach i która miała zostać jej szwagierką, ponieważ jej brat, Alfred Tkocz był narzeczonym Anny Stefek.

 

Alfred, nauczyciel, harcerz i kapitan podziemnej Armii Krajowej zginął w tym samym obozie w 1944 na krótko przed wyzwoleniem go przez Armię Czerwoną.

 

Anna Stefek była córką chwałowickiego sztygara w przedwojennej kopalni Donnersmarck.

Jej ojciec był jednym z dwóch Polaków w kadrze kierowniczej zakładu zdominowanego przez  Niemców. Anna Stefek ukończyła przed wojną urszulańską szkołę średnią, jak również muzyczną. Była przyboczną chwałowickiej drużyny żeńskiej imienia królowej Jadwigi. We wrześniu 1939 brała udział w obronie miasta w ramach harcerskich oddziałów pomocniczych. Po zajęciu miasta przez Niemców jej ojciec został pozbawiony pracy i rodzina przeniosła się do cieszyńskich Marklowic. Tam Anna współtworzyła tajną organizację Szarych Szeregów, redagowała i kolportowała chwałowickie pismo podziemne „Zryw”, a także ukrywała ludzi ściganych przez gestapo. Była również członkiem ZWZ/AK w ramach której prowadziła pracę łączniczki z ruchem oporu Generalnej Guberni. Została aresztowana w kwietniu 1940 roku.

 

W tym samym obozie przebywał również Konrad Brachman,  powiązany rodzinnie z Anną Stefek, która była  siostrzenicą  jego żony, Emilii Poczęsnej. Konrad Brachman miał więcej szczęścia niż córka chwałowickiego nadsztygara. Do obozu koncentracyjnego dostał się wraz z jednym z pierwszych transportów. Na jego ręku wytatuowano numer 1269. Powodem jego osadzenia w obozie  była przynależność do polskiego harcerstwa i zawód nauczycielski. Konrad Brachman był ostatnim przedwojennym drużynowym w Chwałowicach. W obozie pomogło mu niemiecko brzmiące nazwisko. Jeden ze strażników więziennych, urodzony w Monachium, nosił takie samo, co stało się źródłem jego sympatii do chwałowickiego więźnia. Jej owocem było przeniesienie Konrada Brachmana do lżejszej  pracy  przy przepisywaniu dokumentów w lokalnym biurze obozowym. Z czasem, wskutek zabiegów rodziny, Konradowi Brachmanowi udało się wyjść z obozu. Było to w roku 1942. Po powrocie do domu, wskutek nakazu władz okupacyjnych, pracował w kopalni w Szczygłowicach. Konrad Brachman szczęśliwie przeżył wojnę, po której zajął się tworzeniem administracji w Chwałowicach, odtwarzaniem harcerstwa i tworzeniem szkoły zawodowej dla górników w Jankowicach.


Jadwiga Kauczor

Jadwiga Kauczor była polską Ślązaczką z Opolszczyzny. W przedwojennych Chwałowicach pojawiła się, gdy rozpoczęła naukę w Żeńskim Gimnazjum Sióstr Urszulanek w Rybniku. Na Opolszczyźnie nie było wtedy szkoły, w której mogłaby się uczyć po polsku. Kiedy Jadwiga zamieszkała w Chwałowicach, gdzie  zakochała się w swoim późniejszym mężu, Jerzym Malcherze.

 

Podobnie jak on, po maturze, rozpoczęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim – została polonistką. Na krótko przed wybuchem wojny była zastępcą Naczelnika żeńskiego ZHP w Niemczech, za co w przyszłości miała zapłacić wysoka cenę. Wiedziała, że po wybuchu wojny musi uciekać przed Niemcami. Złapali ją i przesłuchiwali w więzieniu w Klagenfurcie. Trudno jej było zarzucić działalność wywrotową, więc została zwolniona, ale znajdowała się pod stałą obserwacją Gestapo, które aresztowało ją później ponownie i wysłało   do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Ostatecznie skazano ją na ciężkie więzienie dla kobiet w Jauer, w którym przebywała do listopada 1944 roku.

 

Po zwolnieniu była nieustająco nadzorowana i przesłuchiwana przez Gestapo. Po wejściu Armii Czerwonej na Opolszczyznę zmuszono ją do kopania rowów na froncie. Kiedy front przeszedł i sytuacja się nieco ustabilizowała zaczęła uczyć polskiego w liceum w Prudniku oraz zajmowała się organizacją szkolnictwa w tamtejszym powiecie. Jerzy Malcher chciał ją sprowadzić do siebie, do brytyjskiej strefy okupacyjnej w Austrii, ale Jadwiga się nie zgadzała, twierdząc, że na Opolszczyźnie jest wiele do zrobienia.

 

Szybko jednak zmieniła zdanie, gdy zaczęło dochodzić do konfliktów pomiędzy nią a służbami bezpieczeństwa, kiedy wstawiała się za prześladowanymi Ślązakami. Komuniści nie odróżniali ich od Niemców, co budziło gorycz, frustrację i lęk wśród miejscowych. Jerzy Malcher wykradł Jadwigę z Polski dzięki czeskiemu przyjacielowi Hanke, który miał dom niedaleko granicy. Cała procedura ucieczki z kraju zajęła dwa tygodnie i przez Wiedeń Jadwiga dostała się do Włoch. Tam po okresie wojennej tułaczki, koszmaru więzień, przesłuchań i obozu, w marcu 1947 roku wzięła ślub z Jerzym. Stało się to w małym kościółku we Włoszech nad jeziorem Garda. Z czasem Malcherowie zamieszkali w Anglii i stali się rodzicami trójki dzieci: Patrycji, Marka i Andrzeja. Nie wiadomo do końca, co działo się z Jadwigą w niemieckich więzieniach i obozie, ponieważ nigdy i nikomu nie chciała o tym opowiadać.

 

Opracował: Jan Krajczok


Ks. Jan Śliwka

Podobnie dramatycznych losów jak Jadwiga Kauczor doświadczył chwałowicki proboszcz, ksiądz Jan Śliwka. Po wejściu Niemców do Polski  znalazł się na liście osób przeznaczonych do eksterminacji- traktowano go, tak jak większość polskich księży, jako wrogów państwa niemieckiego.

 

Wiedząc o tym, ksiądz Jan Śliwka podjął decyzję o ucieczce na  wschód, ale po napotkaniu Armii Czerwonej postanowił wracać na Śląsk.  W trakcie powrotu ksiądz Jan  Śliwka spotkał księdza z Ząbkowic, który zaoferował mu schronienie. Mimo tej pomocy z czasem chwałowicki kapłan został odnaleziony przez Gestapo. Przesłuchiwany i trapiony lękiem o swoje życie ksiądz zapadał coraz bardziej na zdrowiu aż uległ paraliżowi.

 

Po wojnie przeniósł się do Rybnika licząc na powrót do zdrowia i ponowne objęcie chwałowickiej parafii. Skutki wojennych doświadczeń  nie pozwoliły mu jednak zrealizować planów. Ksiądz Jan Śliwka zmarł w 1950 roku i został pochowany na chwałowickim cmentarzu.

 

Opracował: Jan Krajczok


Powstańcy Śląscy z Chwałowic

Ludwik Piechoczek był jednym z najważniejszych dowódców powstań śląskich. Urodził się w Jastrzębiu, a jako dorosły człowiek pracował w chwałowickiej kopalni. Razem z Maksymilianem Basistą tworzył propolską organizację Eleusis, a  bezpośrednio przed powstaniami śląskimi założył  Polską Organizację  Wojskową, która walczyła później zbrojnie.

Ludwik Piechoczek dowodził rybnickimi oddziałami podczas pierwszego powstania śląskiego, jak również poprowadził je do ważnego zwycięstwa w bitwie nad Olzą w 1921 roku, za co został odznaczony krzyżem Virtuti Militari. W okresie międzywojennym zajmował się działalnością społeczną, publikował artykuły i książki o powstaniach śląskich, a w 1936 r. został posłem polskiego sejmu. Ludwik Piechoczek został aresztowany w 1940 r. przez gestapo - niedługo potem Niemcy zamordowali go w Oświęcimiu.

 

Alojzy Lazar był również śląskim powstańcem. Urodził się w Orzepowicach, ale po ślubie z Marią Ledwoń zamieszkał w zbudowanym przez siebie domu w Chwałowicach. W czasie pierwszego powstania śląskiego dowodził chwałowickim oddziałem atakującym Niemców w  Gortatowicach. Dzięki tej akcji powstańcy zdobyli dodatkową broń. Alojzy Lazar brał udział również w następnych powstaniach, a w okresie międzywojennym był działaczem  związkowym na kopalni Chwałowice i zarządzał towarzystwem gimnastycznym  Sokół. Chwałowicki powstaniec  został w czasie okupacji aresztowany przez gestapo i po długotrwałym przesłuchiwaniu, szczęśliwie zwolniono go do domu. W czasie wojny pracował w chwałowickiej kopalni, a  po wojnie w dalszym, ciągu zajmował się pracą społeczną, między innymi prowadził założoną przez siebie kasę zapomogową. Dożył sędziwego wieku i został odznaczony  Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski.

 

Paweł Słupik również uczestniczył  we wszystkich trzech powstaniach śląskich i z tego powodu gestapo aresztowało go w 1942 roku. Wskutek aresztowania chwałowiczanin znalazł się w więzieniu śledczym w Mysłowicach, a następnie w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Mimo nieludzkich warunków Paweł Słupik przeżył trzyletni pobyt w obozie, po czym wrócił do domu. Chwałowicki powstaniec należał do nielicznej grupy więźniów, którzy przeżyli kilkuletni pobyt w Auschwitz.

 


Zapamiętaj mnie (90 dni)

Aby uzyskać dane do logowania zadzwoń: 32 733-39-42